Ja wiem że nie ma złych blogerów tylko czasem czasu brak….

Lecz gdy otrzeźwieje człowiek wtedy inny gust ma inny smaaak…

Słowem, przeniosłam się tu: http://eri.blox.pl/html

gdyż albowiem czas, a ściślej mówiąc jego brak nie pozwala mi na radosne produkowanie się w wielu akapitach.

Poza tym, jakoś nie mogę się odnaleźć w WordPressie.

Końcówki

Chciałam napisać coś sympatycznego, a nie znowu objeżdżać od góry do dołu, ale warunki atmosferyczne są niesprzyjające. Znowu będę się czepiać głupot.

Chodzi o końcówki. Męskie. Wszędzie.

Nie wiem, dlaczego twórcy stron internetowych nie widzą tego problemu. Nie rozumiem. Przychodzą mi do głowy dwa tłumaczenia:

1. Stworzenie skryptu, który po podaniu odpowiednich danych rozróżnia płeć Użytkownika i dostosowuje do niego komunikaty, jest zbyt skomplikowane i się nie opłaca,

1. Większość twórców portali to faceci i po prostu nigdy nie zastanowili się nad tym jak to jest, gdy się odwiedza jakiś serwis i on (ten serwis) uparcie ignoruje fakt, że jesteś kobietą.

Chodzą pogłoski, że kobiety to już ponad połowa Internetu. Może więc warto się tym zainteresować i popracować trochę nad komunikatami. Jeśli już nie pytamy o płeć podczas rejestracji, to niech te komunikaty będą chociaż bezosobowe. Czasem wymaga to gramatycznej ekwilibrystyki, ale kto powiedział, że będzie łatwo.

Mnie osobiście takie uporczywe „zalogowałEŚ się”, „dodałEŚ zdjęcie”, „otrzymałEŚ komentarz” trochę irytuje. Nie, żebym od razu waliła o ścianę klawiaturą, ale jednak jakoś tam każde takie „EŚ” jest przez moją świadomość rejestrowane i jeżeli tych „EŚ-ów” nagromadzi się zbyt dużo, opuszczam serwis.

Oglądałam sobie niedawno przyjemny skądinąd dla oka portal odbitka.pl. Nadal szukam portu dla moich fotek, więc przejrzałam sobie go nawet dokładnie – szybka rejestracja, błyszczące guziczki, dużo oryginalnych funkcji. No niestety nie ma opcji „znak wodny”. Ale nie o tym chciałam pisać. Przeglądam ja sobie fotki dodane przez Użytkowników, na jednej z nich prezentuje się młoda kobieta, obok widać awatar-portrecik autorki. No i informacja: „ula dodał to zdjęcie wczoraj”.

Uch. Zgrzytnęło. Prosta konkluzja: „Odbitka” to portal dla facetów. Spadam stąd.

I to jest nagminne. Proszę uprzejmie, wyniki mojego fotograficznego researchu:

” Jeżeli lubisz robić zdjęcia podczas podróży i chciałbyś pokazać je innym nie zwlekaj z założeniem konta w serwisie TopFoto.pl

Byłeś na imprezie, wróciłeś z domówki?” – partype.pl

Zapoznałem się z regulaminem i akceptuję go.” – obiezyswiat.org

Nadesłał: suzano” (Fotka z wizerunkiem kobiety, podpis „A to ja”) – streemo.pl

Powiecie, że się czepiam. Ale takie drobiazgi naprawdę potrafią irytować. Ścierpię te komunikaty, jeśli jestem tylko biernym pochłaniaczem treści danego serwisu. Ale jeśli chcę się gdzieś zarejestrować i zostać na dłużej, to wolałabym nie potykać się co dziesięć minut o gramatyczne niezgrabności.

Zastanawiam się, czy gdyby jakaś grupa desantowa informatyczek-feministek skolonizowała Internet i zaczęła tworzyć serwisy z domyślnymi „żeńskimi” końcówkami, czy wtedy wreszcie dotarłoby do deweloperów, jak wkurzające potrafi być takie mylenie płci. Wyobraź sobie, programisto, że wchodzisz na swój ulubiony serwis sportowy, żeby wrzucić kilka fotek z ostatniego meczu, wgrywasz je, a tu cię system informuje, że „Piotrek dodała nowe zdjęcia”. Po chwili dostajesz e-mail, że „otrzymałaś komentarz” od twojego kumpla Maćka. Wkurzony, aż się wylogowujesz z tego całego interesu, a kiedy po jakimś czasie jednak chcesz wrócić i napisać Maćkowi, że dziękujesz za komenta, okazuje się, że nie pamiętasz hasła. Ostatkiem sił klikasz w „Zapomniałam hasło”. Uff. „Zalogowałaś się”. Ale postanawiasz usunąć swoje konto z tego głupiego serwisu. „Napisz nam, dlaczego zdecydowałaś się zrezygnować z naszych usług” – prosi serwis. Zdenerwowana, tfu, zdenerwowany, szukasz portalu, który nie będzie cię traktował jak blondynkę i jedyną alternatywą okazują się ciacha.net.

Śmieszne, nie? My tak mamy na co dzień…

Narzekam.se

Ech. Co za dzień. Czekam, aż zacznie działać Allegro, na dworze ponuro, w sklepie nie było moich ulubionych wafelków, w pracy reorganizacja i wszystkie najlepsze ciacha przeniosły się na inne piętro. Melancholija mnie ogarnia. Chciałam się byłam rozejrzeć w społecznościowym serwisie dla studentów „Studentix„. Na pierwszej stronie stoi napisane: rejestracja – zapisz się teraz – co mi to da? – odkryj możliwości!, więc ukontentowana tym, że wreszcie ktoś napisał, po co mi jego serwis, kliknęłam w „Odkryj możliwości”. I co? Doopa psia. Otworzył się tylko formularz rejestracyjny, a ściślej mówiąc, jego pierwszy krok i pierwsze osiem pól do wypełnienia. Nie wiem, ile ich jest w następnych krokach, bo się oczywiście nie zarejestrowałam. Bardzo zabawne. Najpierw się zarejestruj, podaj swoje wszystkie możliwe dane, to może wtedy ci łaskawie powiedzą, po co to właściwie zrobiłaś. Dziękuję, nie skorzystam.

Taka jestem zła, że chyba pójdę sobie TU.

Logozmora

Nie lubię się rejestrować. Nie lubię udowadniać swojej inteligencji ani nadwyrężać wzroku wpisując do tabelki literki z coraz bardziej powyginanych captchy. Nie lubię musieć wpisywać dwa razy hasła; to zabezpieczenie jest dla mnie zupełnie bez sensu, bo i tak wypełniam drugie pole metodą drag&drop. To samo dotyczy konieczności wpisywania dwa razy e-maila w niektórych formularzach. Nie lubię, kiedy ktoś mi wytyka, że hasło jest zbyt krótkie lub zbyt proste albo ma za mało cyferek. Nie lubię, gdy login nie zostaje zaakceptowany, ponieważ zawiera absolutnie niedozwolone i niebezpieczne dla systemu znaki, np. kropkę. Nie lubię, gdy system długo międli dane, zanim mi wyświetli informację, że login jest zajęty. Nie lubię podawać poufnych informacji, takich jak data urodzenia, jak korzystam z Internetu i kto mi powiedział o serwisie. Nie lubię ujawniać płci, chyba że służy to do spersonalizowania komunikatów. A już do szału doprowadza mnie znikanie danych z wszystkich wypełnionych już pól, gdy przez pomyłkę coś wypełnię źle lub zostawię puste. Nie lubię też musieć włazić do poczty, żeby kliknąć w linka potwierdzającego rejestrację. Nie lubię czekać, aż mail z linkiem łaskawie pojawi się w mojej skrzynce. Nie lubię, gdy GMail kwalifikuje mail z linkiem jako „Spam”.

Bardzo dużo tych „nie lubię”. Jeśli mam akurat zły humor, to wystarczy jeden z wymienionych wyżej czynników, by zrezygnować z rejestracji. Najbardziej denerwuje mnie nadmiar informacji, które trzeba podać. Jak to już można wywnioskować z moich poprzednich wpisów, lubię wiedzieć, PO CO mam wykonać daną czynność. Jeśli coś wydaje mi się bezzasadne, to tego nie robię. Muszę być bardzo zdesperowana, żeby zarejestrować się w serwisie, który żąda ode mnie nadwyżki danych.

Oczywiście, pojęcie „nadwyżka” może oznaczać różne rodzaje danych. Pod tym względem rozróżniam trzy odmiany usług.

1. Serwisy, które są w jakiś sposób związane z moimi pieniędzmi, np. Allegro, PayPal, banki internetowe. W ich przypadku akceptuję konieczność podawania dokładnych danych i przechodzenia przez różne dodatkowe procedury.

2. Serwisy, którym powierzam informacje, których nie chcę ujawniać osobom postronnym, np. skrzynki e-mailowe. Tu już będę fukać, jeśli ktoś mi każe podać adres domowy i datę urodzenia (po co?), ale zniosę jedną czy dwie dodatkowe procedury bezpieczeństwa.

3. Serwisy rozrywkowe, społecznościowe – treści, które publikuję w takich serwisach, są jawne i z reguły błahe. Nie widzę sensu w konieczności pokonywania zasieków już na wejściu. Jeśli np. wejdę na jakiś babski portal i odczuję potrzebę przyłączenia się do pasjonującej dyskusji o ciuchach z Allegro, to nie będę wypełniała dziesięciu tabelek tylko po to, by poinformować świat, że właśnie kupiłam sobie niebieską sukienkę w groszki. Zrezygnuję z dyskusji i pójdę gdzie indziej.

Moja gotowość do wypełniania formularzy rejestracyjnych jest zatem wprost proporcjonalna do wagi i poufności treści, które chcę w nich zamieszczać.

Tak, tak, wiem, że żądając ode mnie tych captchy i pytań kontrolnych, tych zwierzeń dotyczących wieku, upodobań i lokalizacji, twórca serwisu chce tylko mojego dobra. Chce strzec mego bezpieczeństwa i chronić mnie przed reklamą, dla której nie jestem targetem.

Ale jeśli formularz mnie zniechęci i zamiast się rejestrować, pójdę sobie w siną dal, to kogo będzie strzegł ten nadopiekuńczy twórca?…

Twórcze niespełnienie CD

Ciągle poszukuję miejsca, gdzie mogłabym ulżyć sobie i zrzucić ten wór fotek, który dźwigam na grzbiecie. Automatyczne dodawanie znaków wodnych lub choćby podpisów na zdjęciach to warunek sinkłanon. I się okazuje, że wcale nie łatwo znaleźć taki serwis. Podpisy oferuje fotka.pl, ale ten… jakoś się nie wstrzelam w target fotki. Chodzi mi o taki znak, jaki się pokazuje np. na wgranych grafikach w serwisie istockphoto. Na piechotę nie będę tego robić, bo leniwa jestem.

Pragnę nieco złagodzić inwektywy kierowane wczoraj pod adresem mych ziomków poznaniaków. Jednak istnieje poznański serwis społecznościowy: www.wpoznaniu.info/ . Co prawda wmawia mi się tam, że jestem hiperaktywna i że z pewnością dzień w dzień chodzę na imprezy (taaa…), zdjęcia wgrywa się na flicra i nie ma znaków wodnych, ale jednak jest. Poznański. I społecznościowy. Jak ktoś chce się pointegrować z moimi ziomkami poznaniakami, to ino zapraszam. Nie zapomnijcie dodać komci i zaprosić znajomych!

Pan z Antyweba (bym pingnęła, ale to jakaś wyższa szkoła jazdy i nie wiem jak to się robi) oświecił mnie dziś, że iGoogla można podzielić na cztery kolumny, co mnie osobiście bardzo uszczęśliwia, bo teraz wszystkie RSSy mieszczą mi się na ekranie (mieszczą się w postaci zwiniętej ofkors). Ja głupia próbowałam zmusić netvibes, żeby się podobnież podzielił, ale on chyba jeszcze nie uprawia takiej mitozy. Nawiasem mówiąc, wykorzystuję netvibes dość nietypowo, bo do pisania dłuższych wprawek prozatorskich. Używam elementu „karteczka”. Najpierw piszę konspekt (każdy wątek jako tytuł osobnej karteczki), potem rozwijam myśl (w opisach karteczek), a potem układam akapity w różnym szyku i patrzę, który wariant wygląda najlepiej. Nasi wieszczowie przewracają się w grobie, z zazdrości oczywiście. Szkoda tylko, że skubany netvibes mi czasem zżera notki, jak nie patrzę.

Podsumowując, wskazuję paluszkiem na dwie nisze:

a) fotoserwis oferujący znaki wodne na wgrywane zdjęcia,

b) serwis do pisania arcydzieł literackich :)

Jeden dobry powód…

Daj mi jeden dobry powód, dlaczego powinnam się zarejestrować w twoim serwisie, a zrobię to – tak sobie myślałam, przeglądając różne portale w poszukiwaniu ciekawego miejsca. Zaczęłam od startupsa, więcej nie będę, postawię na Google. Startups nie jest dla Użytkownika, bardziej dla inwestorów i deweloperów, bo tylko tym mogę usprawiedliwić te suche i na odczep się opisy poszczególnych portali. Chyba już wiem, czego brakuje startupom. Dobrego copywritera. Jakiegokolwiek copywritera. Kogoś, kto potrafi z polotem w dwóch-trzech zdaniach opisać, dlaczego ten serwis jest inny niż reszta. I żeby to były konkrety, a nie deklaracje w stylu „to idealne miejsce, by”, „to twoja przystań”, „fajne gadżety”. Dlaczego idealne, dlaczego to ma być moja przystań, dlaczego te gadżety są fajniejsze niż gdzie indziej… no TEGO jakoś nikt mi nie potrafi powiedzieć…

Aktualnie odczuwam dwa zapotrzebowania:

1. chcę znaleźć miejsce, gdzie mogę wrzucić swoje fotki z wakacji wraz z opisami,

2. chcę gdzieś wrzucić dużo fotek Poznania (ale żeby to nie było fotoforum gazety, nawigacja tam to wyższa magia dla absolwentów Hogwartu).

Jeśli chodzi o pierwsze, to napaliłam się na bluser.travels.to, ale go jeszcze nie ma, więc szukam dalej.

(Nawiasem mówiąc, travels.to spełnił to podstawowe wymaganie, o którym piszę: jeden dobry powód, by się zarejestrować. Fajna nazwa podstrony to naprawdę dużo. Naprawdę nie mogę się doczekać na bluser.travels.to/Karpacz. Jak mi ktoś podbierze login, to zamorduję!)

Jeśli chodzi o drugie zapotrzebowanie, tu jest gorzej. Poznań to takie sztywniackie miasto, mamy dużo internetowych skamielin, ale żeby wrzucić 10 fotek jednym klikiem, to nie znalazłam… tuTej ma fajną fotogalerię, ale to znowu jest bardziej galeria typu „upload&share”; czytamy w Regulaminie: „Po zarejestrowaniu każdy użytkownik może opublikować maksymalnie 3 zdjęcia w ciągu doby w ramach darmowego limitu”. A ja nie chcę publikować arcydzieł innym na uciechę, tylko masówkę dla siebie, bo mi Picasa puchnie i mam w niej taki bałagan w folderach, że wolę poopisywać zdjęcia na jakimś nowym narzędziu, niż wgłębiać się w ten bajzel. Przy okazji chcę, żeby moje zdjęcia znalazły się na stargetowanych portalu w towarzystwie innych poznańskich zdjęć, dlatego nie może to być jakaś tam PicasaWeb czy inny Flicr (Flicra nie lubię zresztą również z innych powodów).

Niech ktoś wreszcie zrobi fajny* fotoportal o Poznaniu i niech to nie będzie Agora ani Yahoo…

* intuicyjny, idiotoodporny, z możliwością wgrywania dużej ilości zdjęć, z otagowanymi zdjęciami innych ludzi, które będę mogła sobie pooglądać w wolnym czasie, ale żeby nikt mnie nie zmuszał do bycia w społeczności zaraz na dzień dobry. Ja z tych nieśmiałych…

Aha – i żeby sam dodawał na zdjęciach znaki wodne albo jakieś podpisy.

AntySpo

Rok szkolny się zaczął i tramwaje zapełniły się radosnym świergoleniem młodzieży oraz ich telefonów. Właśnie zdałam sobie sprawę, że ten jazgot będzie mi towarzyszył aż do czerwca w drodze do pracy i z powrotem, nie nastraja mnie to pozytywnie, więc dzisiejszy wpis będzie aspołeczny.

Trudno nie zauważyć, że coraz więcej serwisów stara się być społecznościowymi. Stare portale coraz bardziej eksponują swoje fora, czaty i inne blipsy, nowe serwisy już na starcie skupiają się przede wszystkim na akcentowaniu tej swojej superspołecznościootwartości i… i nic mnie bardziej nie wkurza! Kiedy wchodzę na jakąś stronę i natychmiast z miejsca krzyczy się do mnie: przyłącz się! poznaj fajnych ludzi! podziel się tym co masz! – włącza mi się komenda ” w tył zwrot”.

Mam wrażenie, że na początku serwisy służyły Userowi jako jednostce. Pisał on na forach, wrzucał gdzieś tam fotki czy filmy nie po to, żeby się wkupić w łaski społeczności, ale dla własnej satysfakcji. Zawieranie znajomości i informacje zwrotne w postaci ocen czy komentów to był tylko dodatek, efekt uboczny. Teraz – mam wrażenie – to nie user jest ważny, tylko społeczność. Bardziej będzie się dbało o trzy osoby, które „tworzą więzi” (czyt. wymieniają się komciami, oceniają swój content, rozmawiają na forach) niż o dwudziestu użytkowników-odludków, którzy mają w nosie to, co w serwisie robią inni.

Wydaje mi się, że Internet to sieć ludzi w większości nieśmiałych. Ci naprawdę komunikatywni, otoczeni radosnym tłumem przyjaciół nie mają czasu ani potrzeby, żeby się bratać z ludźmi z netu. Kiedy taki nieśmiały user wchodzi na portal i na początek dowiaduje się, że tu! pozna! paczkę! fajnych! ludzi! z którymi! może! się! podzielić! plikami! i! czymkolwiek! innym!, to po pierwsze przyjdzie mu do głowy, że w taki razie on tu nie pasuje. Bo:

1. on sam może nie jest fajny i nie ma niczego ciekawego do udostępnienia (mówimy o takim nieśmiałym lekko zakompleksionym userze),
2. skoro ta fajna paczka już tu istnieje, to pewno tworzą zamkniętą grupę i on będzie kimś obcym,
3. bo z jakiej racji on ma się w ogóle czymś dzielić (baaardzo rzadko w serwisach społecznościowych pojawia się zasadnicza informacja PO CO ja mam tu tworzyć content i co ja – user, nie właściciel portalu – z tego będę mieć. Ale o tym kiedy indziej).

Ja tam jestem portalowym egoistą. Przede wszystkim interesuje mnie, które funkcje danego serwisu przydadzą się konkretnie mi jako jednostce. Innych userów mam w nosie, przynajmniej na początku, kiedy są dla mnie tylko anonimową masą kompletnie obcych ludzi. Jeśli kogoś z nich poznam bliżej, coś tam skomentuję albo ocenię – fajnie. Ale mogę bez tego żyć. Problem w tym, że niektórzy userzy, ogłuszeni falą uderzeniową tych społecznościowych haseł (tysiące ludzi będzie oglądać twoje zdjęcia! poznasz setki fajnych lasek! pracodawcy będą się o ciebie bić!) wrzucają do serwisu jakiś content i naiwnie wierzą, że natychmiast zleci się tłum fanów. Co się z reguły nie zdarza, albowiem:

1. albo serwis jest za duży i trzeba być naprawdę dobrym, aby się wybić, albo serwis jest startupem w początkowym stadium rozwoju i nie ma jeszcze użytkowników, którzy mogliby się stać potencjalnymi fanami,

2. userzy są z natury rzeczy egoistami i wolą być idolami niż cudzymi fanami,

3. content jest zwyczajnie słaby i można go co najwyżej objechać.

User czeka zatem, aż posypią się komentarze i entuzjastyczne oceny, oczywiście nic z tego, więc zniechęcony odchodzi gdzie indziej.

A zatem – nie wmawiajcie userom już na wstępie, że na 100% poznają fajnych ludzi i że odmienicie ich życie – bo nie jesteście w stanie tego zagwarantować. Powiedzcie o tym, co możecie im zagwarantować na pewno.

Łopatologicznie:

„dołącz do społeczności zakręconych podróżników i pokaż swoje zdjęcia z wakacji” – ŹLE

„zachowaj tu swoje zdjęcia, abyś mógł do nich wrócić, gdy zatęsknisz do wakacyjnych klimatów” – DOBRZE

A komenty i znajomości przyjdą później, przy okazji, być może… Nie wiem dlaczego twórcom serwisów społecznościowych wydaje się, że userzy to takie wesołe cząsteczki wykonujące ruchy Browna dla samej radochy obijania się o siebie. Niestety. Nie ma tak łatwo…

Bluser idzie imprezować

Bluser testowała dziś kolejny portal zaprezentowany na Barcampie. Imię jego Partype. Czytałam już o tym portalu na blogu któregoś z bystrzachów, ale jednak co innego czytać i oglądać malutkie screeny, a co innego widzieć, jak to działa na żywo.

Portal służyć ma wymianie materiałów, myśli i doświadczeń uczestników i poszukiwaczy imprez. Nie czuję się targetem – nie bardzo bywam na imprezach. Po drugie, mam takie skrzywienie, że nie wrzucam w sieć zdjęć, na których widać oblicza ludzi, którzy niekoniecznie wyrazili zgodę na to, by upubliczniać ich wizerunek. Wiem, że jestem pod tym względem nieco zacofana, zwłaszcza młodzież beztrosko wrzuca do netu zdjęcia całej swojej klasy, nie mówiąc już o kilkulatkach, które piszą blogi o treści „cześć, mam na imię Jaś Kowalski, mam 10 lat, mieszkam a ulicy takiej i takiej pod numerem 5″ i obok wklejają swoje zdjęcia z wakacji u cioci nad jeziorem. Ale ja, nawet gdybym była zagorzałą imprezowiczką z długim stażem, miałabym opory przed wrzucaniem do netu fotek, na których widać, jak moje kumpelki ledwo trzymają się na nogach, kleją się do kolegów lub do siebie nawzajem albo właśnie tańczą kankana na stole. Filmów albo podcastów tym bardziej bym nie wrzucała…

Zatem nie jestem taka całkiem pewna, czy powinnam/mam prawo oceniać portal przeznaczony dla grupy ludzi, z którą się nie utożsamiam i której motywacje czy działania nie zawsze rozumiem. A co tam. Mój blog, moja woda.

Przypuśćmy, że skusiło mnie energetyczne logo i koniecznie chcę napykać Partype’owi trochę contentu. Zachowawczo wrzucę kilka fotek z Barcampu – tych, co na nich widać tylko prelegenta (występuje publicznie, więc wolno) i słuchaczy od tyłu.

Rejestracja… znowu ten nudny długi ogon czynności do wykonania… Ale o tym kiedy indziej… Lecę do skrzynki, żeby odebrać maila z potwierdzeniem (i po co, po co? przecież nie mam zamiaru przechowywać na tych serwerach informacji wagi państwowej!). Trochę to trwa, bo nie pamiętam hasła do Gmaila (no dobra, to już nie jest wina Partype’a). W końcu się loguję. Nie ma maila. Odświeżam. Ciągle nie… A, jednak jest. Tylko że wpadł do spamu. Klikam i… witaj, wielki świecie imprez! Mam konto!

Przy logowaniu zainteresowała mnie wzmianka o OpenID, ale po kliknięciu w link pokazuje się info „tu będzie kiedyś jakaś Pomoc”. Nie to nie.

Dość długo szukam, gdzie tu się dodaje imprezy. Ciągle mi się wyświetla jakiś gotowy content, ale ja chcę dodać własne fotkiii…

Już prawie miałam sobie pójść, ale zauważyłam ten różowy link „Dodaj imprezę”. Nie wiem, czy to ze mnie taka ślepa wrona czy ten link rzeczywiście za bardzo się wtapia w belkę, ale daję słowo, że go nie zauważyłam.

Wgrywam dwie fotki, po czym system każe mi otagować jedną z nich i choć wypełniłam wszystkie pola,wyrzuca mi, że coś jest źle:

partype.jpg

(Literówki w komunikacie nie będę się czepiała, w końcu to Beta).

Olewam jego wyrzuty i chcę otagować drugą fotkę, ale okazało się, że w ogóle się nie wgrała. W każdym razie JA nie wiem, gdzie ona jest.

Wgrywam drugie zdjęcie (wstyd się przyznać, ale znowu trochę szukałam zanim sobie przypomniałam o tym nieszczęsnym „Dodaj imprezę”. Bo przecież chciałam wrzucić fotkę a nie imprezę, tak?).

A potem idę sobie obejrzeć widgety, bo choć po blogu jeszcze tego nie widać, to jestem widget-maniakiem. Fajne. Tylko dlaczego nazywają się łidżety? Trzeszczy mi toto w ustach jak piasek…

Strona się trochę wysypała, gdy chciałam je pooglądać:

partype-widget.jpg

Ale dla widgeta zrobię wiele, więc kombinuję, odświeżam, cofam stronę, i w końcu…

<div id=”partype_widget_one_”></div>
<script type=”text/javascript” src=”http://partype.pl/widget/1″></script>

… i w końcu sobie przypominam, że WordPress nie toleruje większości widgetów, bo nie. Ale jestem ZŁA!

Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że skoro prawidłowo otagowałam fotki, to powinny się one wyświetlać na stronie z informacją o Barcampie. Ale nie. Hm. Jakoś inaczej to działa.

Podsumowanie:

Co jest fajne (kolejność przypadkowa): kolorki, logo, tagi, wszystko się szybko wgrywa, fotki się same optymalizują (w trakcie wgrywania zorientowałam się że wgrywam kobyły prosto z aparatu, ale nic się nie sypnęło),

…a co nie: rejestracja (bo nie lubię), to że nie widać mnie w „nowych imprezowiczach”, brak widgeta na WordPressa, mało widoczne zachęty do wgrywania własnego contentu.

No i nie dowiedziałam się, PO CO tak naprawdę user miałby wgrywać tam content.

Bluser travels to kanapa

Wczoraj na piwnicznej imprezie bardzo a bardzo podobała mi się prezentacja o travels.to , a w szczególności ten pomysł z adresami: jako user miałabym za adres strony bluser.travels.to , a adres podstrony o konkretnej podróży brzmiałby na przykład bluser.travels.to/honolulu (no co, pomarzyć zawsze można…). Jako że lubię nowości i lecę na takie błyskotki, czem prędzej się udałam na stronę celem wygenerowania contentu i… i co? I nic. Tam jeszcze nic nie ma. No co za!… Tak samo było z Blipem, noż szlag może Juzera trafić <zła> .

Żeby się trochę pocieszyć, powlokłam się na kanapę. Kilka minut w ogonku do rejestracji (proces rejestracji w serwisach to w ogóle temat na osobną notkę) i mam konto. NaKanapie to serwis, gdzie można sobie poczytać o tym, co inni mają do powiedzenia o danej książce. I samemu coś tam skrobnąć, jak się ma wenę. Plus standardowa nadbudowa w postaci ocen i dodawania do ulubionych. A! I forum też jest. I chmurka tagów. Właściwie nie chmurka, bo brunatna i na dole strony. Takie bardziej podłoże tagów. Na tym podłożu najbujniej wyrasta na razie fantastyka, fantasy i science fiction. Książkowe userstwo najwidoczniej lubi bujać w obłokach, na innych serwisach o literaturze też królują „fanty”.

NaKanapie jest ładne, ma błyszczące guziczki i tak jakoś wyszło, że pierwsza książka, jak mi wpadła do „przeczytanych”, to „Zabić drozda”. To jedna z moich ukochanych książek i już-już miałam zacząć pisać recenzję, gdy mnie przystopowało. No, bo gdzie informacja o tłumaczu? Od lat przepadam za ZD głównie ze względu na świetne, aczkolwiek wiekowe tłumaczenie pani Zofii Kierszys. A ten egzemplarz, który NaKanapie podsuwa do oceny, to jakieś nowe wydanie Rebisu. Mogłam byłam unosić się w recenzji nad zaletami tego dziełka, a potem by się okazało, ze współczesny tłumacz to jakiś partacz i że polecam produkt, który powinnam właściwie objechać z góry do dołu. Nie wiem, kto tłumaczył wydanie Rebisu, możliwe że to wciąż p. Kierszys, ale tej informacji mi zabrakło. A że leniwa jestem i nie chce mi się przeszukiwać netu w poszukiwaniu takich detali, recenzji na razie nie będzie. (Może potem, gdy dojrzeję do drugiego podejścia).

A zatem widzisz, drogi pamiętniczku, droga usera, który szczerze pragnie wygenerować trochę contentu, pełna jest pułapek i trudności…

Jedno słowo wstępu i dwa słowa o Barcampie

Skąd wziął się ten blog? Blog wziął się znienacka. I niejako przypadkiem. Miałam dziś przyjemność uczestniczyć w poznańskim spotkaniu braci internetowej czyli w Barcampie. W piwnicznej scenografii i atmosferze brać wysłuchała kilku prezentacji o różnego rodzaju serwisach internetowych i o bolączkach oraz radościach ich właścicieli. W charakterze bolączki regularnie przewijał się pewien niesforny i chimeryczny osobnik. Użytkownik.

Nie będę w tym miejscu relacjonować dokładnie, o czym traktowały poszczególne prezentacje. Myślę, że organizatorzy i część uczestników-blogowiczów zrobią to bardziej profesjonalnie niż ja. Nie mam ani wiedzy ani samozaparcia, by przypomnieć sobie, co tam dokładnie wyświetlało się na slajdach. Tu dochodzimy do sedna: to JA jestem tym niesfornym Użytkownikiem. Tym niewdzięcznym huncwotem, który wpada na chwilę, nie chce się rejestrować , a jak już się zarejestruje, to nie tworzy contentu. To ja jestem tym leniwym łobuzem, który opuszcza portal, bo nie potrafi odnaleźć interesującej go treści w ciągu trzech sekund, a dłużej nie chce mu się szukać. To ja nie piszę komentarzy i nie oceniam cudzych zdjęć czy filmów. No. To kto pierwszy rzuci kamieniem? :)

Brać internetowa budzi mój podziw. Lubię pasję, z jaką budują swoje serwisy. Poza tym, imponuje mi ich wiedza. No, po prostu dranie są z reguły nieprzeciętnie bystrzy. A jeśli w jednym pomieszczeniu zbierze się do kupy setka nieprzeciętnie bystrych , to ten… atmosfera robi się gęsta.

(Oczywiście, to moje subiektywne zdanie. Mnie bystrym wydaje się każdy, kto zna choć jeden język programowania. Ja nie znam żadnego. Do niedawna nie wiedziałam nawet, że jest ich kilka.)

Ale wróćmy do tematu. Miałam pisać, skąd ten blog.

Po pierwsze, wpadłam w kompleksy. Wszyscy mają jakiegoś bloga albo chociaż nieduży łebdwazerowy portalik. A ja co? Nawet nie ma co wpisać w rubrykę „Adres strony” podczas zapisywania się na spotkanie!

Po drugie, skoro wiedza „czego pragnie user” to taki święty Graal, którego bezskutecznie poszukują nawet internetowe bystrzachy, to może… to może to, co ma do powiedzenia taki szary żuczek jak ja, ma jakieś znaczenie?…

Na koniec inauguracyjnego wpisu wrzucam fotkę z imprezy (Wiktor Schmidt opowiada o długim ogonie, bystrzachy na pierwszym planie).

Barcamp

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.